Jak zostałam dietetykiem - Justyna Markowska - dietetyk, psychodietetyk Warszawa

Aktorka, weterynarz, ginekolog. Miałam mnóstwo pomysłów na siebie. Dlaczego zrezygnowałam z bycia gwiazdą?

Wybór kierunku studiów to jest poważna sprawa. Na pewno wielu z Was stanęło przed tym zadaniem i wiecie, że to nie jest ono łatwe.
Gdy ma się 18, 19 lat świat jest diametralnie inny niż gdy ma się 24. W liceum człowiek jest pełen ideałów, później życie to wszystko weryfikuje. Tak naprawdę podejmując decyzję, kim chcesz zostać w przyszłości, bo no przecież po to idzie się na studia, nie wiesz kompletnie, co będziesz robić – wszystko to Twoje wyobrażenia.
Jako dziecko chciałam być aktorką, później weterynarzem, jeszcze później budowlańcem, także lekarzem – ginekologiem, nauczycielką, a na koniec stanęło na dietetyce. Takie były moje zachcianki zawodowe. Można powiedzieć od Sasa do Lasa.
Dlaczego stanęło na dietetyce? Zawsze najbardziej interesował mnie człowiek i to, co się z nim dzieje. Bez problemu wpadały mi do głowy informacje dotyczące żywienia, namiętnie wczytywałam się w książki dotyczące zaburzeń odżywiania, otyłości, różnych diet. Na dodatek trenowałam kick-boxing i nie raz musiałam pilnować swojej wagi. To wtedy właśnie zauważyłam, że wcale nie trzeba jeść „dużo”, żeby mieć siłę. Trzeba jeść dobrze! Klamka zapadła – będę zdawać na dietetykę. Do wyboru miałam dwie warszawskie uczelnie: SGGW i Warszawski Uniwersytet Medyczny (kurcze, wtedy to strasznie dziwnie brzmiało, bo wszyscy mówili Akademia Medyczna, a teraz to właśnie ta Akademia dziwacznie brzmi).
Niestety, na żadną z uczelni nie dostałam się. Na WUM to w sumie nawet nie chciałam się dostać, bo nie chciało mi się dojeżdżać. Zwłaszcza, że na SGGW miałam 15 minut piechotką. Na SGGW zabrakło mi dwóch punktów. Cóż, przyznam, że trochę mnie to zmartwiło. Gdy podawano wyniki byłam na obozie sportowym i z informacją, że się nie dostałam dzwoniła do mnie Mama. Mimo że byłam na jakiejś tam liście rezerwowej, tak naprawdę wiedziałam, że nie ma opcji, abym dostała się na dietetykę. To był jeden z najbardziej obleganych kierunków. Pomyślałam, że przezimuję rok na żywieniu człowieka i później przeniosę się na dietetykę.
Trochę pomyliłam się w swoich przemyśleniach. Bo wcale nie uciekłam z żywienia po roku, ale zostałam na nim przez całych pięć lat. Na początku byłam pewna, że chce być dietetykiem, układać ludziom diety – to było moje powołanie. Po pierwszym roku studiów jeszcze nie wiedziałam, że to będzie jedno z najnudniejszych zajęć na świecie, bo żaden z przedmiotów nie pozwolił mi poczuć tego. Na początek: matematyka, fizyka, biologia i wf – zupełnie jak w szkole. Ale później było już coraz ciekawiej, choć niektóre przedmioty to była strata czasu, ale tak jest na pewno na każdych studiach. Duża zależy też od prowadzących – można prowadzić najnudniejszy wykład na świecie, ale jeśli ma się pasję w głosie, to studenci to odczują i wcale nie pomyślą, że to był nudny wykład. Cóż, na SGGW, niewielu było takich prowadzących, ale jednak pojawiali się.
Sama nie wiem, dlaczego po roku nie zmieniłam kierunku, tak jak planowałam na początku. W sumie, chyba nawet o tym nie myślałam, nie brałam tego pod uwagę. Teraz, z perspektywy czasu myślę, że robiłam dobrze, bo wcale nie chciałam układać diet. Tak, wiem, że praca dietetyka to też inne rzeczy niż tylko układanie jadłospisów, ale generalnie wszystkie te praktyki w szpitalach, przedszkolach, domach opieki, zmierzały do jednego, zobaczyć jak wygląda kuchnia i układać diety.
Przerażało mnie to tak samo, jak miareczkowanie w laboratorium. Cały czas czułam, że jestem na studiach, ale gdzieś jakby obok. Nie miałam kompletnie pojęcia, co będę po nich robić. Aż do czasu, gdy totalnie przez przypadek, na IV roku trawiłam na super ofertę pracy. Przez miesiąc miałam jeździć po Polsce i prowadzić dla dzieciaków, ekhm, przepraszam młodzieży z gimnazjum, lekcje o prawidłowym żywieniu. No, nie zupełnie lekcję, bo wszystko odbywało się w formie quizu. Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z programem „Żyj smacznie i zdrowo”, z którym współpracuję do dziś.
Jak ja się wtedy czułam, jak gwiazda! Jeździłam po Polsce, mogłam gadać prawie do woli, dawałam pierwsze wywiady do prasy i autografy dla fanów! I wtedy już wiedziałam, co będę robić. Chcę edukować ludzi. Chcę robić właśnie takie akcje! I nawet fajniejsze! I tak się składa, że robię to… Na razie jeszcze wszystko jest małych rozmiarów. Ale jak patrzę na to, co już osiągnęłam w przeciągu tych kilku lat, gdy dopiero dowiedziałam się czego chcę, to posunęłam się sporo do przodu. Wiem, że cały czas pracuję na swoje nazwisko. Wszystkie te miłe komentarze na temat mojego bloga, moich wykładów, czy ostatniego występu w telewizji, co z tego, że internetowej, mega mnie napędzają, żeby pracować dla ludzi. Tworzyć dla nich coś, co jest przydatne w codziennym życiu. Dziękuję wszystkim moim fanom za wspieranie mnie!
Więc co to znaczy dla mnie być dietetykiem? Abstrahując od tego, że w sumie nawet nie wiem, czy mogę tak siebie nazywać… Dietetyk to nie fachowiec w białym kitlu, który wypisuje na karteczce, jak jeść, coś w stylu recepty od lekarza. Ale to radosna osoba, która daje ludziom pomocną dłoń. Pomaga odnaleźć dobrą drogę, dając wyraźne wskazówki, ale nie podwozi ich na miejsce samochodem….
Dzisiaj mam urodziny, dlatego życzę sobie, żeby moja Fabryka rozwijała się dalej i mogłoby być to trochę szybsze niż teraz… No tak, tylko, że to wszystko zależy ode mnie. Więc życzę sobie wytrwałości, silnej woli i optymizmu. I bardzo poproszę o dużo miłych komentarzy, bo to one najbardziej motywują mnie do pracy! W końcu dzisiaj są moje urodziny!
Aha, i wcale nie zrezygnowałam z bycia gwiazdą. Ja się nią powoli staje!