Zaznacz stronę

Jeśli koncernom farmaceutycznym zależałoby na tym, żeby ludzie byli zdrowi, to nigdy nie zarobili tak ogromnych pieniędzy, jak zarabiają. A czy podobna sytuacja nie jest w przypadku dietetyków?

Po opublikowaniu Antyporadnika odchudzania (klik), dostałam mnóstwo maili z pytaniami typu: „robię tak i tak, czy to źle?”. Każda wiadomość była inna, ale w większości z nich przewijały się trzy sprawy, które moim zdaniem są kluczowe w odchudzaniu.
Odpisywanie na maile, zainspirowało mnie do napisania artykułu, bo być może któraś z bardziej nieśmiałych Czytelniczek nie miała odwagi napisać do mnie, a ma podobny problem. Z resztą na pewno wiesz, o co mi chodzi, bo jeśli jesteś kobietą, to niemal ze 100% prawdopodobieństwem, odchudzałaś się choć raz w swoim życiu. A zapewne nawet więcej niż raz! Dlaczego? Po nawet jeśli uzyskałaś zadowalający Cię efekt, to jakimś dziwnym trafem zniknął nie wiedzieć, kiedy i gdzie…
Już nie raz pisałam na blogu, że dieta jest mało skuteczna. Co więcej jedynie 3% osób, które ją zaczynają schudnie i utrzyma nową wagę w dłuższym okresie czasu. Może więc dietetycy wcale nie starają się przy układaniu diet? W końcu powinno im zależeć, żeby pacjenci przychodzili do nich, jak najczęściej. Wcale nie powini chcieć, żeby ludzie chudli, czy w ogóle byli szczupli.
Nie znam wszystkich dietetyków świata, więc napiszę tylko za siebie. Dla mnie, nie ma nic przyjemniejszego w pracy, niż moment, gdy „rozstaje się” ze swoim pacjentem, bo udało mu się osiągnąć wymarzoną wagę. Co nie znaczy, że nie cieszy mnie, gdy przychodzą do mnie nowe osoby, z nowymi problemami.
Niestety, najczęściej jest tak, że ktoś przychodzi, dostaje dietę i więcej go nie widać. Wiele osób myśli, że samemu poradzi sobie z tym, co ma wypisane na kartce. Że właściwie nie ma nic łatwiejszego od przestrzegania zaleceń dietetyka lub swoich własnych ograniczeń.
Dzisiaj powtórzę po raz pięćset dwudziesty ósmy na tym blogu, że jeśli chcesz schudnąć musisz najpierw zmienić swoje podejście, a dopiero później dietę. Zobacz, jakie trzy największe błędy zobaczyłam w dietach moich Czytelniczek.

1. Nie jesz teraz? Zjesz później. I to dużo więcej…

Dietę najczęściej kojarzy się z ograniczeniem spożycia jedzenia w ogóle. To znaczy, po prostu zmniejsza się porcje pokarmów. Kto nie słyszał o magicznej diecie MŻ (mniej żreć?) Samo założenie jest nawet dobre, ale często to „mniej” jest bardzo drastyczne. A organizm nie lubi tego. Im bardziej restrykcyjna dieta, tym większe rozregulowanie mechanizmów odpowiedzialnych za kontrolę apetytu. Jeśli na przemian odchudzasz się i objadasz, prawdopodobnie wpadłaś w błędne koło diety.
Twój organizm nie wie, co się dzieje, bo w jednym tygodniu dostaje ledwo 1000 kalorii dziennie, w następnym co najmniej 6000. To znaczy, on doskonale wie, co się dzieje, dlatego na wszelki wypadek obcina wszystkie wydatki energetyczne, a każdy nadmiar skrupulatnie magazynuje.
Wiem, że to bardzo miłe, gdy wchodzisz codziennie na wagę, a ta, za każdym razem jest coraz niższa. To może motywować Cię do pozostania na restrykcyjnej diecie. Ale to również wrzuci Cię w spiralę złej diety, o którym pisałam przed chwilą.
Lepiej jest stopniowo ograniczać kalorie, wprowadzać drobne zmiany, i dłużej czekać na efekty, bo w końcu to się bardziej opłaci. Masz większe szanse na uzyskanie szczupłej sylwetki i jej utrzymanie! Innym wyjściem jest, jedzenie tyle samo, co do tej pory, a zwiększenie aktywności fizycznej, w tym wypadku masz mniejsze szanse, że zaczniesz się przejadać.
Wiele dziewczyn, które do mnie pisały martwią się, czy nie zjadły za dużo o jednego banan (ok. 100 kcal), przy czym z tego, co piszą ich jadłospis to nie więcej 1000 kcal. Dla przeciętnej, ćwiczącej kobiety, i drugie tyle nie byłoby za dużo…
Moim zdaniem minus 500 kcal od Twojego całodziennego zapotrzebowania energetycznego, to jest maks na jaki można sobie pozwolić! Dla większości z nas ubytek 10% masy ciała to prawdziwy szok dla organizmu, dlatego uważnie wybieraj swoje cele.

2. Ja nie mogę? A kto mi zabroni? Przecież nie ja sama…

Zauważyłam, że wciąż jeszcze mało kobiet korzysta z pomocy dietetyka, nie mówiąc już o psychodietetyku. Rozumiem, wszystkie powody, i nie mam nikomu za złe, że chce się odchudzać sam. Pominę nawet to, że zapewne nie obcinasz sobie sama włosów, tylko chodzisz do fryzjera. Recept też sobie sama nie wypisujesz, ale dietę rozpisać? To już każdy głupi potrafi. Nie mówię, że nie. Nauczenie się układania dobrej diety, to nie nauka prowadzania samochodu. Każdy, gdyby chciał, mógłby się tego nauczyć. Tym razem chodzi mi o coś innego.
Za każdym razem, gdy coś sobie ograniczamy, na coś nie pozwalamy i czegoś zakazujemy, to budzi opór naszego ja tzw realnego. Niby czegoś chcemy, ale nasze przyzwyczajenia i nawyki wcale tego nie chcą. Nawet taki podświadomy opór może przyczynić się do przerwania odchudzania, jeśli tylko nadarzy się do tego okazja. A okazja zdarza się codziennie, niemalże co chwila… Na domiar złego ten podświadomy opór jest większy, kiedy Ty sama jesteś autorem swoich ograniczeń niż wtedy, gdy pochodzą one od kogoś innego, np. dietetyka.
Innym dobrym sposobem na pokonanie podświadomego oporu jest odchudzanie z koleżanką. Ale nie na zasadzie, może dzisiaj pójdziemy na siłownię, a może na kawę. Ułóżcie sobie na wzajem jadłospisy! One nie muszą być idealne, chodzi po prostu o to, że łatwiej będzie Ci wytrwać na diecie, jeśli ograniczenia nie będą narzucone przez Ciebie, tylko przez koleżankę.

3. Zjadłam to? No i dobrze, zjem jeszcze trochę. Albo nawet więcej niż trochę…

Gdy proponuję swojej pacjentce, żeby nauczyła się delektować np. jednym ciastkiem, najczęściej słyszę, że woli w ogóle po to ciastko nie sięgać. Ok, na początku odchudzania, to nawet nie jest głupi pomysł. Ale, na prawdę, do końca życia nie chcesz już zjeść ani jednego ciastka? Ani jednego kawałka tortu? A pizzy? Bo przecież chodzi o to, żeby nowe nawyki żywieniowe towarzyszyły Ci przez całe życie, tylko wtedy masz gwarancję, że Twoja figura zostanie nie zmieniona przez lata.
Dla wielu kobiet jest czas restrykcyjnej diety i czas jedzenia w opór. Tak, jakby nie było nic pomiędzy tym. Zjadłaś batona czekoladowego? Trudno. Zjedz następny posiłek normalny, zamiast roztrząsać tę sytuację, bo szybko dojdziesz do wniosku, że jak już zjadłaś tego batona, to może i frytki do tego, bo przecież już nie ma sensu się dzisiaj odchudzać.
Tym bardziej, jeśli pochłonęłaś całą pizzę, to nie znaczy, że znowu musisz czekać do poniedziałku. Po prostu już nic nie jedz do końca dnia, a rano przygotuj lżejsze niż zwykle śniadanie. Zjadłaś pizzę w środku nocy? Trudno, następny dzień potraktuj jako pokutę i zjedz o połowę mniej niż zwykle, następnego dnia apetyt wróci.
Mogłabym ten artykuł streścić w trzech radach, jak skutecznie odchudzić się:
1. Nie jedz mniej, jedz lepszą żywność
2. Nie wymyślaj sobie ograniczeń, jeśli już musisz je mieć, poproś o to koleżankę
3. Bądź elastyczna w stosunku do jedzenia

Czy dalej uważasz, że przestrzeganie rozpisanej diety, to łatwizna?